W pustyni i w puszczy, rozdział 38, str. 1 |
252
Piątego dnia podróży Staś jechał razem z Nel na Kingu, trafili
bowiem na szeroki pas akacji rosnących tak gęsto, że konie mogły iść
tylko szlakiem utorowanym przez słonia: Godzina była wczesna,
ranek promienny i rosisty. Dzieci rozmawiały o podróży i o tym, że
każdy dzień zbliża ich jednak do oceanu i do ojców, do których oboje
nie przestawali tęsknić ciągle. Był to od chwili porwania ich z
Fajumu niewyczerpany przedmiot wszystkich rozmów, które
wzruszały ich zawsze do łez. I powtarzali wciąż jedno w kółko: że
tatusiowie myślą, iż oni już nie żyją albo że przepadli na wieki – i obaj martwią się, i wbrew nadziei wysyłają do Chartumu Arabów po wieści, a oni oto są już daleko nie tylko od Chartumu, ale i od Faszody, a za pięć dni będą jeszcze dalej – a potem znów jeszcze dalej, aż wreszcie dotrą do oceanu albo przedtem jeszcze do jakichś miejsc, skąd będzie można przesłać depeszę. Jedyną w całej karawanie osobą, która wiedziała, co ich jeszcze czeka, był Staś – Nel natomiast była najgłębiej przekonana, że nie ma takiej rzeczy na świecie, której „Stes” nie potrafiłby dokonać, i była zupełnie pewna, że ją doprowadzi do brzegu. Więc nieraz uprzedzając wypadki wyobrażała sobie w swej małej główce, co to będzie, gdy przyjdzie pierwsza o nich wiadomość – i szczebiocąc jak ptaszek tłumacz przysięgły opowiadała o tym Stasiowi. „Siedzą – mówiła – tatusiowie w Port-Saidzie i płaczą – aż tu wchodzi boy z depeszą. Co to jest? Mój albo twój tatuś otwiera, patrzy na podpis i czyta: «Staś i Nel». O, to dopiero się ucieszą! to dopiero się zerwą, żeby jechać naprzeciw nas! to dopiero będzie radość w całym domu – i tatusiowie się ucieszą, i wszyscy się ucieszą –i będą cię chwalili – i przyjadą – i ja obejmę mocno tatusia za szyję, i potem będziemy zawsze razem. i.” I kończyło się na tym, że bródka zaczynała się jej trząść, śliczne oczki zmieniały się w dwie fontanny, a w końcu opierała głowę na ramieniu Stasia i płakała zarazem z żalu, tęsknoty i radości na myśl o przyszłym spotkaniu. A Staś, leccąc wyobraźnią w przyszłość, odgadywał, że ojciec będzie dumny z niego, że powie mu: „Spisałeś się, jak na Polaka przystało” – i wzruszenie ogarniało go ogromne, a w sercu rodziła się tęsknota, zapał i nieugięta jak stal odwaga. „Muszę – mówił sobie – wyratować Nel, muszę dożyć takiej chwili.” I wówczas jemu także zdawało się, że nie ma takich niebezpieczeństw, których nie zdołałby zwyciężyć, ani takich przeszkód, których nie zdołałby skruszyć. |
| 2008-10-24 10:20:41 |